Nasze Radio Logos nadaje. Program na 24.08.2016: Prof. T. Marczak: Przemówienie pod Konsulatem Niemiec - godz. 1:00, 10:00, 19:00, 24:00. Janusz Dobrosz: Polityczno prawne aspekty układu poczdamskiego - godz. 1:30, 10:30, 19:30. Prof. M. Dyżewski: Muzyczny ogród Panny Maryi - godz. 2:00, 11:00, 20:00. Prof. R. Szeremietiew: Geocywilizacyjne zagrożenia dla bezpieczeństwa Polski, cz. 1 - godz. 3:00, 12:00, 21:00. Prof. T. Marczak: Perspektywy rozwoju kwestii ukraińskiej, cz. 1 - godz. 3:30, 12:30, 21:30. Prof. T. Marczak, cz. 2 - godz. 4:35, 13:35, 22:35. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 1 - godz. 6:00, 15:00. L. Żebrowski: Zdrajcy i Bohaterowie, cz. 2 - godz. 7:15, 16:15. Dr S. Krajski: Polska i masoneria. W przededniu wielkiego krachu, cz. 1 - godz. 8:00, 17:00. Dr S. Krajski, cz. 2 - godz. 9:30, 18:30. Między audycjami muzyka.
Nasze Radio Logos - ramówka

Ostatnie komentarze
Z działu "Aktualności":
oraz z pozostałych stron:


Polecane artykuły
Najnowsze artykuły

Tagi

Aktualności

  

Idea wspólnej walki żołnierzy polskich i amerykańskich ma długą tradycję. Od czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej Polacy i Amerykanie wielokrotnie stawali ramię w ramię by wspólnie przelewać krew. Mniej znany epizod tej współpracy wiąże się z doniosłym dla Polaków wydarzeniem, jakim była wojna polsko-bolszewicka lat 1919 – 1920.
16.08.2012r.


      Idea wspólnej walki żołnierzy polskich i amerykańskich ma długą tradycję. Od czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej Polacy i Amerykanie wielokrotnie stawali ramię w ramię by wspólnie przelewać krew. Mniej znany epizod tej współpracy wiąże się z doniosłym dla Polaków wydarzeniem, jakim była wojna polsko-bolszewicka lat 1919 – 1920.
Misja gen. Tadeusza Rozwadowskiego

      Pomysł werbunku ochotników amerykańskich do Wojska Polskiego wiąże się ściśle z przybyciem do Paryża, w maju 1919 r., Polskiej Misji Wojskowej (PMW) z gen. Tadeuszem Rozwadowskim na czele. Szef misji, wedle instrukcji Naczelnego Dowództwa WP, miał doprowadzić do ścisłej polsko-rumuńskiej współpracy wojskowej (skierowanej przeciw bolszewikom) oraz wstępnie określić zasady konwencji wojskowej, jaka miała połączyć Polskę z Ententą.

      Ambitny generał nie poprzestał jedynie na realizacji powierzonych mu zadań. Równolegle rozpoczął starania, których celem było utworzenie, u boku armii polskiej, Legionu Amerykańskiego. Rozwadowski wysoko cenił morale żołnierzy amerykańskich oraz demokratyczne stosunki panujące w amerykańskiej armii. W poufnym liście do Naczelnego Wodza – Józefa Piłsudskiego szef PMW donosił też, iż liczni Amerykanie i Kanadyjczycy wyrażają chęć służenia w wojskach polskich oraz, że: “wpływ i przykład młodych oficerów szczególnie amerykańskich na stosunek oficera do naszego żołnierza i odwrotnie, mógłby w przyszłości być nad wyraz korzystnym”. Werbunek miał być przeprowadzony wśród wojsk amerykańskich, stacjonujących w Europie po skończonej wojnie. Według wstępnych projektów Rozwadowskiego oddziały amerykańskich legionistów miały być użyte w razie wybuchu konfliktu polsko-niemieckiego lub w celu okupacji Górnego Śląska.

      Gen. Rozwadowski, dla swych planów wojskowych, pozyskał niebawem dowódcę Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych (ASE) we Francji – słynnego generała Johna Pershinga. Pod naciskiem gen. Pershinga uzgodniono, iż Amerykanie będą wykorzystani jedynie na froncie bolszewickim. Dowódca ASE wyznaczył także oficera łącznikowego, z którym miano ustalić wszelkie szczegóły formowania amerykańskich oddziałów ochotniczych; został nim, z czasem gorąco oddany sprawie współpracy polsko-amerykańskiej, płk Harry S. Howland. W czasie wojny polsko-bolszewickiej płk. Howland obiektywnie informował swe władze o przebiegu działań militarnych oraz wspierał żądania pomocy wojskowej dla Polski. Osobnego wsparcia udzielili szefowi PMW premier Ignacy Paderewski, francuski minister spraw zagranicznych Stephen Pichon, dyrektor Kolegium Sztabu Armii Stanów Zjednoczonych gen. Alfred W. Bjornstad. Planom rekrutacji żołnierzy amerykańskich do armii polskiej sprzyjał także amerykański sekretarz stanu Robert Lansing.

      Niebawem okazało się jednak, że największym przeciwnikiem planów Rozwadowskiego jest polskie Ministerstwo Spraw Wojskowych (MSWojsk.) z gen. Kazimierzem Sosnkowskim na czele, który występował zapewne w imieniu Józefa Piłsudskiego. Podczas gdy szef misji wojskowej dowodził, że wyspecjalizowane amerykańskie jednostki wojskowe (zwłaszcza lotnicy, czołgiści, korpus medyczny i służby inżynieryjne) będą silną podporą dla młodej armii polskiej, władze wojskowe widziały w nich jedynie dogodne narzędzie, które mogło posłużyć władzom amerykańskim do mieszania się w wewnętrzne sprawy Polski. Wskazywano ponadto na trudności finansowe i odmienności psychologiczne żołnierza amerykańskiego. Naczelne Dowództwo zlekceważyło także olbrzymie znaczenie propagandowe, jakie mógł mieć udział żołnierzy amerykańskich w wojnie polsko-bolszewickiej, w czasie gdy wrogowie Polski w USA coraz natarczywiej rozwijali antypolską kampanię na rzecz Niemiec i Rosji Sowieckiej.

Powstanie Eskadry

      Tymczasem sprawa werbunku Amerykanów do Legionu nabrała rozgłosu i do polskich konsulatów zaczęli zgłaszać się liczni ochotnicy. W tej sytuacji gen. Rozwadowski próbował wystarać się o zgodę polskich władz wojskowych na wystawienie choćby jakieś symbolicznej jednostki w ramach projektowanego Legionu. Gdy działania te zawiodły, generał zdecydował się postawić dowództwo przed faktami dokonanymi. Na początku września 1919 r., w piśmie do Oddziału I NDWP, szef Sztabu Generalnego – gen. Stanisław Haller donosił też: “Generał Rozwadowski melduje, że opierając się na danych mu poprzednio wskazówkach i nie mogąc się oprzeć prośbom ochotników amerykańskich, zgodził się na stworzenie małej lotniczej eskadry amerykańskiej dla Polski, pod dowództwem. mjr. [Cedrica] Faunt-Le-Roya, dotąd przydzielonego do misji gen. [Jana] Romera…”. Zgodnie z propozycją Amerykanów eskadra ta miała nosić imię Kościuszki. 10 września 1919 r. wiceminister spraw wojskowych gen. Kazimierz Sosnkowski w piśmie do gen. St. Hallera (szef sztabu sprzyjał planom Rozwadowskiego) ostatecznie potwierdził utworzenie Eskadry im. Kościuszki. Tak późny termin zatwierdzenia eskadry może świadczyć o negatywnym stanowisku ministerstwa w tej kwestii. Gen. Sosnkowski kończył swe pismo jednoznaczną uwagą: “Uprasza w końcu, ze względów zasadniczych, by na przyszłość wszelkie decyzje dotyczące oddziałów ochotniczych cudzoziemskich dla Armii Polskiej, nie były pobierane bez uprzedniego porozumienia się z MSWoj.”

      Zadanie sformowania Eskadry Kościuszki na pewno ułatwił fakt, że sprawą tą zajął się kpt. Merian Cooper. Amerykański oficer był już od dłuższego czasu znany Rozwadowskiemu, bowiem wiosną 1919 r. uczestniczył w wyprawie Amerykańskiej Misji Żywnościowej E. Hoovera, która przywiozła prowiant do obleganego przez Ukraińców Lwowa. Dowódcą Armii “Wschód”, walczącej wtedy pod Lwowem, był właśnie gen. Rozwadowski. Już wówczas miało dojść do rozmowy kapitana z generałem na temat użycia lotnictwa w walkach na kresach wschodnich Polski.

      Mimo młodego wieku (ur. w 1894 r.) kpt. Cooper miał już za sobą znaczące doświadczenie bojowe. W 1916 r. wziął udział w wyprawie wojsk amerykańskich, pod wodzą legendarnego gen. Johna Pershinga, przeciwko rewolucyjnym wojskom Pancho Villi w Meksyku. W 1917 r. zdobył natomiast licencję pilota i jako lotnik walczył przeciw Niemcom w Europie, w składzie 20. Dywizjonu Bombowego Pierwszej Dziennej Grupy Bombowej. We wrześniu 1918 r. jego samolot został niestety trafiony i tylko dzięki wielkiej odwadze oraz umiejętnościom udało mu się posadzić maszynę na ziemi, niestety było to za linią wroga. Ostatnie miesiące I wojny światowej, pechowy pilot, spędził w szpitalu dla jeńców wojennych pod Wrocławiem, gdzie leczył się z poparzeń.

      Po zakończeniu działań wojennych Merian Cooper nie zamierzał jednak powrócić do USA i zaciągnął się do Herbert Hoover American Relief Administracion. Jako przedstawiciel organizacji udał się poprzez Włochy i Austrię do Polski, i tak doszło do jego spotkania z gen. Rozwadowskim. Polski generał i kapitan lotnictwa amerykańskiego ponownie spotkali się w Paryżu w 1919 r. i tu zapewne uściślono plany związane z organizowaniem amerykańskiej formacji lotniczej dla Polski. Wkrótce, za sprawą Coopera, wiadomość o tworzonej eskadrze obiegła paryskie kafejki, w której przesiadywali bezrobotni już amerykańscy żołnierze. Do Polskiej Misji Wojskowej zaczęli się zgłaszać ochotnicy, a cała akcja nabrała jeszcze sprężystości gdy zaangażował się w nią mjr Faunt-Le-Roy.

      26 sierpnia 1919 r. w paryskim hotelu Wagram, siedzibie gen. Rozwadowskiego, ośmiu amerykańskich oficerów podpisało też kontrakt. Obok mjr. Faunt-Le-Roy’a i kpt. Coopera do służby w Wojsku Polskim stawili się: por. George Crowford, por. Keneth O. Shrewsbury, por. Edward C. Corsi, por. Edwin Noble, por. Carl H. Clark i kpt. Arthur H. Kelly. W październiku dołączyło do tej grupy jeszcze dwóch ochotników zwerbowanych w Londynie: por. Elliot Chess i por. Edmund Pike Grawes.

      Przed wyjazdem Amerykanów do Polski gen. Rozwadowski wydał pożegnalną ucztę. Uczestniczył w niej także premier Ignacy Paderewski, płk Harry Howland oraz poseł polski w Waszyngtonie Kazimierz Lubomirski. W następnych dniach ochotnicy wyruszyli oficjalnie jako obsługa pociągu sanitarnego na Wschód, jedynie Faunt-Le-Roy skorzystał z wygody, jaką dawała podróż ekspresem.

      Po przybyciu do Polski członkowie eskadry zostali przedstawieni Naczelnemu Wodzowi. Przyjęcie J. Piłsudskiego było jednak druzgocące. “Polska sama potrafi toczyć swoje bitwy i płatnych najemników tu nie potrzebujemy…” – miał stwierdził dowódca polskiej armii. Niechęć polskiego wodza nie odstręczyła M. Coopera od powziętych zamiarów, miał on bowiem osobiste powody, by angażować się w konflikt, jaki toczyła Polska z bolszewicką Rosją. Jego pradziad – płk John Cooper, w czasie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, walczył pod rozkazami gen. Kazimierza Pułaskiego. W 1779 r. był on także świadkiem śmierci polskiego generała rannego w bitwie pod Sawannah. Teraz prawnuk, niejako w rewanżu, ruszył z pomocą odradzającej się Polsce…

      Trudno powiedzieć, jakimi motywami kierowali się pozostali Amerykanie, wszak żaden z nich nie miał polskiego pochodzenia. Z całą pewnością należy jednak wykluczyć względy finansowe, gdyż opłacani byli według stawek określonych dla polskich oficerów, a te mocno odbiegały od standardów amerykańskich. Można więc przypuszczać, iż kierowały nimi wysokie względy moralne, podobne jak w przypadku M. Coopera.

      Naczelnik podważył również sensowność kierowania lotnictwa do walki na froncie polsko-bolszewickim; dowodził, że wschodni front jest bardzo płynny a lotnisk jest niewiele i są trudne do zbudowania. Naczelny Wódz obawiał się ponadto trudności z zaopatrzeniem lotnictwa w paliwo. Ostatecznie Piłsudski obiecał jednak wysłać przybyłych lotników w najkrótszym możliwie czasie na front.

      Przyszłość pokazała, że obiekcje Naczelnego Wodza wobec lotnictwa były bezpodstawne. Eskadry mogły działać dzięki “pociągom lotniczym” przewożącym żołnierzy, warsztaty, przenośne hangary i całe samoloty w częściach. W ten sposób przerzucano lotników z jednego tymczasowego lotniska na drugie.

Szkolenie i szlak bojowy

      W październiku 1919 r. Amerykanie przybyli do Lwowa. Tutaj płk Faunt-Le-Roy objął dowodzenie nad 7. Eskadrą, która przyjęła nazwę Kościuszkowskiej. M. Cooper zaznaczył w swych wspomnieniach, że Polacy widzieli w płk. Faunt-Le-Roy’u ucieleśnienie amerykańskości. “A był on nim rzeczywiście – pisał Cooper – bo reprezentował hardą, niewyczerpaną energię Ameryki, jej optymizm, jej siłę razem z tym prawdziwym duchem wolności, demokracji i sprawiedliwości, która leży pod powierzchowną skorupą amerykańskiego materializmu…”.

      Symbolem eskadry została okrągła tarcza z 13. błękitnymi gwiazdami na obwodzie, a na niej czapka krakuska ze skrzyżowanymi powstańczymi kosami na tle biało-czerwonych pasów. W grudniu Ministerstwo Spraw Wojskowych nadało tej jednostce oficjalną nazwę: “7 Eskadra Myśliwska polsko-amerykańska im. Kościuszki”. Należy wspomnieć, że w listopadzie 1919 r. płk Faunt-Le-Roy, w piśmie do ministra spraw wojskowych, zaproponował dodatkowo, “celem propagandy i zainteresowania całych Stanów Zjednoczonych”, utworzenie “polsko-amerykańskiej grupy lotniczej” złożonej z dwu eskadr im. Kościuszki oraz Pułaskiego. Projekt dowódcy eskadry kościuszkowskiej spotkał się jednak ze zdecydowanym sprzeciwem Naczelnego Dowództwa.

      Miesiące zimowe (1919 na 1920 r.) Amerykanie spędzili we Lwowie, trenując na nieznanych im wcześniej typach samolotów – głównie Oeffag D-3. W trakcie jednego z lotów treningowych, w listopadzie 1919 r., zginął, niestety, por. Edmund Grawes. Jego miejsce zajął, przybyły miesiąc później, por. Harmon Rorison. Amerykanie zdobyli uznanie lwowian, nim jeszcze rozpoczęli służbę frontową. W połowie listopada założyli fundację charytatywną, której celem było utrzymanie i wykształcenie ubogich chłopców – ofiar wojny. Korespondent “Gazety Warszawskiej” donosił za płk. Faunt-Le-Roy’em, że: “oficerowie amerykańscy zainicjowali całą akcję, wychodząc z zasady, że przybyli do Polski, aby w każdy sposób i przy każdej sposobności stać na usługach naszej Ojczyzny…”.

      Na wiosnę eskadrę przeniesiono na lotnisko polowe w Połonnem, skąd dokonywano pierwszych lotów zwiadowczych. Już w trakcie nieudanej “wyprawy kijowskiej” lotnicy amerykańscy (podporządkowani 6. Armii) pokazali swą olbrzymią przydatność dla Wojsk Polskich. Dzięki przewadze w powietrzu, lotnicy byli w stanie szybko ostrzegać o ruchach Armii Czerwonej; tym samym oddziały polskie wychodziły obronną ręką z szeregu niebezpiecznych sytuacji. Szlak bojowy Eskadry Kościuszko wyznaczyły lotniska polowe: Hołoby, Uściług, Mikulińce, Połonne, Berdyczów, Żytomierz, Kazatyń, Biała Cerkiew i Nowogród Wołyński.

      25 maja 1920 r. por. G. Crowford jako pierwszy napotkał oddziały kawalerii Budionnego. W meldunku z tego dnia stwierdził: “Zdawało mi się, że na całym świecie nie ma tyle kawalerii, ile tam było…”. W sztabie nie dano wiary w informacje Crowforda, bowiem według obliczeń sztabowców armia Budionnego winna była się znajdować 100 kilometrów za frontem. Następne dni pokazały niszczycielską siłę, wlewającej się na tyły Wojsk Polskich, czerwonej Armii Konnej. Tym samym rozpoczął się najbardziej chwalebny okres w bojach Eskadry.

      Dowódca 13. dywizji piechoty meldował wkrótce, że “Amerykańscy lotnicy, mimo wycieńczenia, walczą jak opętani. Służbę wywiadowczą pełnią świetnie. Ostatnio, podczas ataku na nieprzyjaciela, ich dowódca zaatakował nieprzyjaciela od tyłu i ogniem z kulomiotu prażył we łby bolszewików. Bez pomocy amerykańskich lotników dawno by nas d[iabli] wzięli…”. Taktyka Amerykanów była rzeczywiście mordercza. Jak zanotował Cooper: “Widok aeroplanu, który co dopiero wyrzucił bomby, a następnie lotem strzały wali się na kolumnę wojska i sieje grad kul prosto z nieba – zdemoralizuje najsilniejsze i najodważniejsze oddziały. Atak jednak jeszcze nie skończony i oddziały dopiero ucierpią. Oto bowiem skoro lotnik znajdzie się na kilkadziesiąt stóp nad ziemią, powoli prostuje aeroplan w lot poziomy, wzdłuż jadącej czy stojącej kolumny i sieje śmiercionośny grad kul, które idąc teraz poziomo, nieraz po dwóch i trzech zabijają. Kiedy już zasób kul mu się skończy, zawraca szybko do domu – nie dając nawet czasu nieprzyjacielowi ochłonąć z przerażenia i porażki i puścić choćby kilka kul za odjeżdżającym. Atak skończony”. O tym, że w opisie Coopera nie ma przesady świadczą źródła strony przeciwnej zwłaszcza dziennik Izaaka Babla, towarzyszącego Armii Konnej w charakterze korespondenta. “Polacy – notował Babel – bronią się w głównej mierze akcjami lotnictwa, aeroplany stają się groźne, opisać nalot: daleki i jakby zwolniony terkot karabinów maszynowych, panika w taborach, nerwy, lecą wciąż lotem koszącym, chowamy się przed nimi. Nowe zastosowanie lotnictwa, (…) kapitan Faunt-Le-Roy startuje ze Lwowa…”.

      Apogeum walk Eskadry z Armią Konną wypadło pomiędzy 16 a 18 sierpnia 1920 r. kiedy Budionny dotarł pod Lwów. W tym czasie amerykańscy i polscy lotnicy wykonali 190 lotów bojowych i zrzucili 10 ton bomb z samolotów zupełnie do tego nie przygotowanych. O ich niszczycielskiej sile świadczy depesza Rady Rewolucyjnej, podpisana przez Budionnego i Woroszyłowa: “W ostatniej bitwie pod Lwowem pułki kawalerii naszej armii doznały wielkich strat ze strony nieprzyjacielskich aeroplanów, które fruwając całymi eskadrami, złożonymi z 12-tu aeroplanów, bombardowały naszą armię z powietrza, jak również dziesiątkowały naszą kawalerię ogniem z kulomiotów…”.

      Straty po stronie Eskadry były jednak także wysokie. Zginął: kpt. Artur Kelly oraz kpt. J. S. McCallum; rany odniosło wielu innych, w tym ppor. Edwin L. Noble, któremu kula dum-dum strzaskała łokieć. Warto zaznaczyć, że ciężko ranny ppor. Noble, przebywający w paryskim szpitalu, “odmówił wszelkiego wsparcia ze strony władz polskich, nie chcąc narażać skarbu Polski na nowe wydatki”. Ciosem dla Eskadry było także dostanie się do niewoli kpt. Meriana Coopera. 13 lipca 1920 r. kpt. Cooper przymusowo lądował koło wsi Didycze pod Ołyką, tam też został pojmany przez jazdę bolszewicką i odstawiony do sztabu 2. Brygady 6. Dywizji Jazdy. Od śmierci z rąk rozwścieczonych kozaków uratował “burżuazyjnego oficera” zwykły przypadek. Mundur, który miał na sobie, był bowiem z demobilu i posiadał stempel z nazwiskiem kaprala Franka Moshera. Cooper wykorzystał ten fakt, a dodatkowo pokazał swe zniszczone przez pożar dłonie, dowodząc iż całe życie pracował jako robotnik. “Prostemu żołnierzowi z poboru” bolszewicy darowali życie.

Ucieczka Coopera i zakończenie wojny

      Na początku 1921 r. Cooperowi udało się zbiec z niewoli i dotrzeć na Łotwę. W tej przeprawie amerykańskiemu lotnikowi pomogli dwaj Polacy również jeńcy wojenni: ppor. Stanisława Sokołowskiego i kapral Stanisław Zaleski. Trasa ucieczki wiodła z obozu jenieckiego we Władykinie pod Moskwą przez Wielkie Łuki do granicy łotewskiej. Uciekinierzy przebyli 370 kilometrów koleją i 350 piechotą. Za przejście przez granicę łotewsko-rosyjską oddali przemytnikom ostatnie cenne rzeczy: Cooper trzewiki, a Sokołowski palto. Ostatecznie polski epizod epopei wojennej ppłk. Coopera zakończył się szczęśliwie.

      Pozostali członkowie Eskadry walczyli do 23 września 1920 r., kiedy to wykonano ostatni lot bojowy. Pożegnanie z lotnikami amerykańskimi nastąpiło na wiosnę 1921 r. Orderem Virtuti Militari zostali odznaczeni: Faunt-Le-Roy, Cooper, Crawford, Corsi, Chess, Clark, Noble, Rorison, Shrewbury, a spośród Polaków należących do tej jednostki: por. Ludomił Rayski, por. Władysław Konopka, por. Jerzy Weber i por. Aleksander Sieńkowski.

      Podczas gdy piloci amerykańscy tak świetnie spisywali się na froncie polsko-bolszewickim, gen. Rozwadowski, w związku z kategorycznym sprzeciwem Ministerstwa Spraw Wojskowych, zarzucił dalszą akcję tworzenia nowych oddziałów ochotniczych. Czekały go zresztą zupełnie nowe zadania natury dyplomatycznej, m.in. negocjacje o polsko-rumuńską konwencję wojskową. W lipcu 1920 r. Rozwadowski objął natomiast, na kilkanaście dni przed bitwą warszawską, stanowisko szefa Sztabu Generalnego WP. Następne dni pokazały jak świetny był to wybór…

      Klęska wyprawy kijowskiej zmieniła nastawienie Naczelnego Dowództwa w kwestii werbunku zagranicznych ochotników. Władze wojskowe, przekonane poniewczasie o skuteczności polsko-amerykańskiej formacji, zaczęły słać dramatyczne telegramy do polskich przedstawicieli w Ameryce. Gen. Sosnkowski i min. Sapieha zażądali m.in. by “przy użyciu wszystkich stosunków i środków wysłać do kraju tyle kompletnych eskadr lotniczych bojowych razem z pilotami, ile się (…) uda zebrać…”. Poseł Kazimierz Lubomirski został też upoważniony do podpisania odpowiedniej umowy z rządem USA. Niestety, wrogowie Polski, działający w USA, wzmogli propagandę antypolską głosząc wszędzie oszczercze hasła o polskiej zaborczości i imperializmie. Pod naciskiem tej kampanii uchwalono zakaz wydawania paszportów obywatelom amerykańskim udającym się do Polski. W tej sytuacji gen. Zygmunt Brynk – attache wojskowy Polski w Waszyngtonie, opracował tajną trasę przerzutu lotników amerykańskich z USA poprzez Francję do Polski. Niestety, czas podróży tychże trwał tak długo, iż przybyli oni do kraju pod sam koniec działań bojowych… Należał do nich m.in. por. Kenneth M. Murray, którego wyczynem było przemycenie do Polski własnego samolotu w częściach – Sopwith Camel. Oprócz niego w jednostce służyli do demobilizacji: Thomas H. Garlick, John Inglis Maitland, John C. Speaks Jr. oraz Earl F. Evans, na koniec dołączyli także Charles E. Hays, S.T. Kauffman i Richard C. Allen. Poza eskadrą kościuszkowską Amerykanie walczyli także w 1. Eskadrze Lotniczej – kpt. G. H. Pattison oraz w 8. pułku ułanów – rtm. William S. Mitshell.

Film i pomnik na Cmentarzu Orląt Lwowskich

      Pamięć o odważnych, pełnych poświęcenia amerykańskich lotnikach, była w przedwojennej Polsce obiektem szczególnego kultu. 30 maja każdego roku we Lwowie, w dniu amerykańskiego święta – Memorial Day, na mogiłach poległych odbywała się ceremonia wieńczenia grobów. W uroczystości tej uczestniczyły władze państwowe i wojskowe oraz przedstawiciele ambasady USA w Warszawie. W maju 1925 r. na Cmentarzu Obrońców Lwowa odsłonięto, wzniesiony pod protekcją gen. Józefa Hallera, pomnik ku czci poległych lotników amerykańskich. W uroczystości tej wzięli udział: poseł amerykański – dr Alfred J. Pearson, wiceminister spraw wojskowych – gen. Juliusz Malczewski, szef lotnictwa – gen. Włodzimierz Zagórski, prezes zarządu hallerczyków w Warszawie (w zastępstwie chorego gen. J. Hallera) – Sierociński, matka chrzestna eskadry – Janina Ebenbergowa, prof. Leon Piniński (przewodniczący całej ceremonii), wojewoda lwowski – Paweł Garapich, adiutant Eskadry im. Kościuszki – por. Konopka i in. Obszerną, życzliwą Polsce, relację z tej ceremonii zamieścił “New York Times”. Niestety, w 1971 r., monument ten został zniszczony, a ściślej rozjechany przez sowieckie czołgi. Jego odbudowy dokonano dopiero po rozpadzie Związku Sowieckiego i długich negocjacjach z przedstawicielami wolnej już Ukrainy na początku nowego wieku.

      Wojennym losom amerykańskich lotników poświęcony został także film pt.: „Gwieździsta Eskadra”, którego premiera odbyła się w 1930 r. w Polsce. Reżyserem był Leonard Buczkowski a scenariusz napisał Janusz Meissner, podoficer w 7. Eskadrze. Obraz ten fabułą dość mocno obiegał jednak od pierwowzoru. Zaskakujące nazwisko nosił też główny bohater tego filmu, którym był… niejaki kapitan „James Bond”.
Lotnicy w walce o dobre imię Polski

      Po powrocie do USA amerykańscy lotnicy wspierali propagandowo i organizacyjnie Polskę. Edward Corsi wydał książkę poświęconą dziejom Polski: „Poland: Land of White Eagle” (1933), a Kenneth Malcolm Murray opisał losy Eskadry im. Kościuszki w pracy: „Wings over Poland” (1932).

      Bardzo aktywny na polu współpracy polsko-amerykańskiej był płk Cedrik Fount-Le-Roy – uczestnik wielu polskich demonstracji i uroczystości na terenie USA, w których zaangażowany był m.in. Ignacy Jan Paderewski. W latach 20. Fount-Le-Roy wstąpił także do Stowarzyszenia Armii Polskiej w Ameryce (SWAP) i niebawem uzyskał godność honorowego członka tej organizacji. Jako były dowódca Eskadry im. Kościuszki pułkownik pamiętał także o swych podwładnych i kolegach. Był m.in. inicjatorem zbiórek pieniędzy na wspomniany wcześniej pomnik lotników amerykańskich, a także przekazał fundusze na budowę pomnika bohaterskiego lotnika lwowskiego kpt. Stefana Bastyra. W sprawach tych współpracował z Zarządem SWAP oraz z Janiną Ebenbergową i najprawdopodobniej z Ignacym Paderewskim. W czasie II wojny światowej Faunt-Le-Roy pomagał także mistrzowi Paderewskiemu w ewakuacji ze Szwajcarii.

Losy Meriana Coopera

      Wiernym przyjacielem Polski, do końca życia, pozostał także Merian Cooper. W czasie swych wojennych przejść poznał on zdolnego fotoreportera i podróżnika Ernesta B. Schoedsacka. W latach 20. znajomość ze Schoedsackiem zaowocowała szeregiem filmowych ekspedycji do niedostępnych miejsc Afryki i Azji. Efektem tych podróży były m.in. dwa filmy dokumentalne: „Grass: A Nation’s Battle for Life” oraz „Chang: A Drama of the Wilderness”, które przyniosły im wielki rozgłos. Prawdziwą sławę zyskali jednak, w 1933 r., gdy na ekrany kin weszła współreżyserowana przez nich superprodukcja pt. „King Kong”…

      Cooper przez całe lata 20. i 30. jako znany reżyser, a później również producent filmowy i dyrektor linii lotniczych Pan American, stale utrzymywał swe związki z Polską i Polakami. Już w 1922 r. opublikował w Chicago swe wspomnienia z walk na froncie polsko-bolszewickim w książce „Faunt-le- Roy i jego eskadra w Polsce. Dzieje Eskadry Kościuszki” W 1937 r. Cooper został natomiast członkiem Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, działał w placówce nr 100 Lotnej. Jako wiceprezes wytwórni filmowej „Selznik International Pictures, Inc.” patronował akcjom zbierania funduszy na Fundusz Inwalidzki im. I.J. Paderewskiego. Po agresji niemieckiej, w 1939 r., zorganizował koncert charytatywny, z których dochód przeznaczony był na pomoc Polsce. W trakcie wojny opiekował się także Polakami przebywającymi na terenie USA oraz spotykał się z przedstawicielami polskich władz, a także nawiązał kontakty z polskim Dywizjonem 303, który na terenie Anglii kontynuował tradycje Eskadry Kościuszkowskiej.

      Po włączeniu USA do wojny, Cooper ponownie wstąpił do lotnictwa. Swą wiedzę związaną z fotografią wykorzystał m.in. udoskonalając, dla potrzeb wywiadu, technikę wykonywania zdjęć lotniczych. Kolejno służył jako oficer wywiadu w sztabie gen. Henriego Arnolda oraz szef sztabu Lotniczej Grupy Bojowej w Chinach pod dowództwem gen. Claire’a Lee Chennaulta. W 1943 r. jako szef sztabu 5 Armii Lotniczej odegrał wybitną rolę w planowaniu akcji, której wynikiem było zniszczenie części japońskiego lotnictwa na Nowej Gwinei. Służbę wojskową zakończył w stopniu generała brygady, uczestnicząc m.in. w uroczystościach podpisania przez Japonię aktu kapitulacji na pokładzie pancerniak „Missouri” – 2 września 1945 r.

      Po wojnie powrócił do pracy w przemyśle filmowym. Zaprzyjaźnił się wówczas m.in. Johnem Fordem. Wspólnie wyprodukowali znaną trylogię kawaleryjską, w której główne role zagrał słynny aktor westernowy – John Wayne: „Fort Apache”, „Nosiła żółtą wstążkę” oraz „Rio Grande”. Taką masę kawalerii jaką pokazano w tych filmach Cooper mógł widzieć na żywo tylko w czasach wojny polsko-bolszewickiej. Warto podkreślić, że aktora, producenta i reżysera, obok wspólnych planów filmowych, połączyła także wspólnota przekonań. W środowisku Hollywood wyróżniła ich bowiem głęboka niechęć do komunizmu oraz sprzeciw wobec powojennym ekspansjom Związku Sowieckiego. Czas ten był okresem największych triumfów zawodowych Coopera, w 1952 r. dostał honorowego Oscara za liczne innowacje i działania na rzecz sztuki filmowej.

      Po II wojnie światowej amerykański generał kontynuował współpracę z dawną Polonią oraz powojenną emigracją z Polski. Wspierał m.in. Stowarzyszenie Polskich Lotników oraz co roku patronował zjazdom lotniczym, które organizowano na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady. Konkretnym przykładem jego działań było m.in. wyjednanie zgody władz wojskowych w Los Angeles, na korzystanie przez polskich weteranów lotnictwa z miejscowej kantyny oficerskiej.

      Zaangażowanie Coopera na rzecz Polski zostało także dostrzeżone i nagrodzone przez Rząd Polski na Uchodźstwie. W 1966 r. Cooper został uhonorowany złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami. W latach 60. odbyło się także, specjalnie wydane na cześć gen. Coopera, przyjęcie, w którym liczny udział wzięli przedstawiciele polskich związków kombatanckich. Uczestnik tej uroczystości porucznik lotnictwa polskiego – Andrzej Górski wspominał po latach, iż Cooper szeroko wówczas opowiadał o swych i swojej rodziny związkach z Polską: „O przyjaźni swego pradziada Johna Coopera z Kazimierzem Pułaskim i o lekcjach szermierki jakich polski kawalerzysta udzielał jego rodzinie, a także o swych własnych doświadczeniach z walk z bolszewikami Budionnego w 1920 r. i na koniec o niezłomnej postawie gen. Rozwadowskiego…”

      W ostatnich latach życia sytuacja finansowa Meriana Cooperowi uległa pogorszeniu. Znany reżyser i wybitny producent filmowy spędził je w San Diego, jako zarządca niewielkiego hotelu. Na początku lat 70. dodatkowo zachorował na raka. Mimo interwencji lekarzy nastąpiły niestety przeżuty. W obliczu końca potomek znakomitego roku miał stwierdzić, że „śmierć jest tylko następną przygodą”. Najwierniejszy sojusznik Polski i generał amerykańskiego lotnictwa – Merian Coldwell Cooper zmarł 21 kwietnia 1973 r. w Mercy Hospital w San Diego. Zgodnie z wolą zmarłego jego prochy rozsypano nad wodami Pacyfiku.

/Mariusz Patelski/

*Tekst pierwotnie został opublikowany, jako artykuł naukowy, w paryskich „Zeszytach Historycznych” 2000, nr 132. Obecna wersja została zmieniona i poszerzona, niektóre informacje zaczerpnięto także z prac: Mark Cotta Vaz, Living Dangerously. The Adventures of Merian C. Cooper. Creator of King Kong, Vilard Books: New York 2005 oraz T. Kopański, Z. Kozak, Merian Coldwell Cooper 1894-1973, “Przegląd Historyczno-Wojskowy” 2003 nr 2; R. Włodek, King Kong a sprawa polska, “Kino” 2001, nr 1. Przedruk pochodzi z NGO, Opracowanie: Kazia

Link


Dodaj komentarz
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

ZALOGUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

ZAREJESTRUJ SIĘ aby móc dodać komentarz.

Powrót na stronę główną